Saturday, February 9, 2008

Banki już wiedzą... że kredyty będą tańsze

Spoglądając na poziom ceny pieniądza na rynku międzybankowym można wysnuć konkluzję, że stopy procentowe w najbliższym roku już znacząco nie wzrosną. Nawet więcej, można spodziewać się, że na przełomie przyszłego roku zaczną spadać. Jeszcze w grudniu 2007 roku perspektywy dla kredytobiorców rysowały się w dużo ciemniejszych barwach. Dziś spłacając kredyt w złotych można już chyba odetchnąć – oprocentowanie nie powinno już rosnąć, a być może wkrótce odsetki mogą nieco spaść.

Wynika to ze zmiany podejścia w polityce pieniężnej banków centralnych. Wydaje się, że presja rynków na podtrzymanie procesów wzrostu gospodarczego okazała się silniejsza, niż obawy przed inflacją. Rynki finansowe są coraz bardziej zglobalizowane i to już chyba eufemizm, efekt jest jednak taki, że coraz większe znaczenie posiadają zachowania i oczekiwania uczestników rynku. Sęk w tym, że jest ich ogromna rzesza - często mają różne cele, a przede wszystkim poziom wiedzy, dostęp do informacji i w różnym zakresie poddają się stadnym zachowaniom rynkowym. Można więc dojść do wniosku, że to raczej nastroje i optymizm stają się dziś wyznacznikiem fundamentów gospodarczych, co próbują mniej lub bardziej udolnie wykorzystać banki centralne. Problem w tym jednak, że obniżanie stóp za każdym razem sprowadza rynki do ściany. Psychologia jest nieubłagana – inwestorzy domagają się coraz to nowych zachęt do gry, jak ich zabraknie kryzys będzie nieunikniony.

Oceniając oczekiwania co do skali podwyższania stóp procentowych, to podwyżka stóp NBP o 0,25 pkt. proc. w środę wydaje się już jedną z ostatnich (chociaż RPP może jeszcze nas zaskoczyć). Na razie liczy na to nawet Ministerstwo Finansów, które obniża oprocentowanie kolejnych emisji obligacji długoletnich. Zacieśnianie polityki pieniężnej może też okazać się zbędne z uwagi na zmiany strukturalne we wskaźnikach fundamentalnych polskiej gospodarki. Nawiasem warto zauważyć, że dzisiejsze decyzje znajdą odzwierciedlenie w wynikach gospodarki za rok. Dziś dominujący jest jednak efekt psychologiczny. Jeśli tylko uda się spacyfikować żądania podwyżek płac (nawiasem – rząd i pracodawcy dość dobrze dają sobie na razie z tym radę), to przynajmniej kredytobiorcy będą mogli spać spokojniej. Mniejsza presja inflacyjna może wyjść również na dobre samym pracownikom, gdyż ich pensje nie będą „zjadane” przez wyższe ceny. Naturalnym regulatorem będzie spadek konsumpcji, a za tym być może cen. Wyższe inwestycje, nadal utrzymywane w gospodarce, sygnalizują wzrost wydajności, a co za tym idzie w dłuższej perspektywie szanse na zdrowy wzrost dochodów. Problemem jest oczywiście ich redystrybucja. Dopóki ciągle państwo będzie największym pracodawcą, trudno będzie liczyć na konsensus i działanie mechanizmu popytu i podaży. Schładzanie oczekiwań płacowych w kontekście kalendarza wyborczego wydaje się zawsze samobójstwem politycznym.

Stopy procentowe w dłuższej perspektywie zależeć będą również od możliwości pozyskiwania kapitału przez same banki. Widać, że na fali płynnościowej paniki subprime, oprocentowanie WIBOR 3 – 6M w czwartym kwartale ubiegłego wzrosło skokowo i jak się wydaje z naddatkiem. Patrząc na perspektywy widać już, że reakcja była nieco za ostra. Styczeń przyniósł pewne uspokojenie - nie bez znaczenia są zdecydowane reakcje w strefie euro i wręcz dramatyczne decyzje FED-u, który obniżył już stopę funduszy federalnych do poziomu 3 proc. Patrząc na perspektywy banków w Polsce – te próbując podtrzymać bardzo dobre wyniki finansowe z 2007 roku, nie mają wyjścia. Nie mogą dopuścić do załamania akcji kredytowej. Po spadku dochodów z pośrednictwa ze sprzedaży funduszy inwestycyjnych kredyty umocnią się jako podstawowy filar przychodów. Z drugiej strony banki nie mają problemów i raczej większych nie powinno być, z obsługą udzielonych kredytów. Oczywiście z czasem pojawi się pewna erozja portfela, ale na pewno nie na skalę USA. Po pierwsze nie udzielano w Polsce kredytów osobom bez zdolności kredytowej. Po drugie rosnące dochody jak na razie rekompensują wzrost kosztów kredytu. Nieco inaczej sprawa ma się z kredytami we frankach szwajcarskich lub euro. Tu co prawda spadek jest jeszcze wyraźniejszy po interwencji ECB, natomiast nie do końca rozpoznane są efekty dla kursu złotego. Możliwa deprecjacja polskiej waluty może znacząco niwelować korzyści z niższego oprocentowania. Powiększający się dysparytet stóp procentowych pomiędzy Strefą Euro, USA i Polską może zwiększać ryzyko walutowe i koszty kredytów denominowanych. Trzeba być więc przygotowanym na pogorszenie warunków kosztowych kredytów denominowanych. Być może wkrótce kredytobiorcy w Polsce ponownie zainteresują się kredytami w USD. Jeśli tempo obniżania ceny pieniądza w USA zostanie utrzymane, to jest to całkiem możliwe. Należałoby jednak zwrócić uwagę na bardzo niepewną sytuację, co do oceny stanu gospodarki amerykańskiej, co zwiększa znacznie ryzyko takich spekulacji kursowych. Reasumując dla kredytobiorców można wskazać umiarkowany optymizm i zatrzymanie wzrostu kosztów

Dla wielu kredytobiorców spłacających kredyty hipoteczne, jak na razie większe koszty (niż wzrost stóp procentowych) generuje ubezpieczenie pomostowe niż wzrost raty kredytu. Wynika to ze sposobu aktualizacji oprocentowania, gdzie na początku tego roku dopiero uwzględniane są podwyżki z czwartego kwartału ub. roku. Natomiast dokonanie wpisu w księgach wieczystych pozwoli w większości umów obniżyć oprocentowanie od 0,5 do nawet 1,5 pkt proc. w skali roku, co zrekompensuje wyższe oprocentowanie. Patrząc na stopy kredytów o stałym oprocentowaniu można zauważyć, że są one już niższe, niż stopy kredytów o oprocentowaniu zmiennym. Bazowa stopa stała na okres 2 lat to 6 procent, podczas gdy WIBOR 6M plus marża znacząco przewyższa już tę wartość. Potwierdza to bliskie zamknięcie cyklu wzrostu stóp procentowych i ich delikatną korektę. Bardziej stonowane wypowiedzi „jastrzębi RPP” również wskazują na taką możliwość. Jeśli fundamenty gospodarki potwierdzą taką ścieżkę polityki, to wydaje się, że gospodarka polska ma szansę wyjść obronną ręką z możliwej recesji na świecie.

Bogusław Półtorak,

Główny Ekonomista Bankier.pl

Jak banki zarabiają na giełdowej bessie

11 mld złotych, które zostały wycofane w styczniu z funduszy inwestycyjnych trafiła na lokaty. PKO BP zebrał miliard, a Getin Bank pozyskał tyle depozytów co w całym IV kwartale 2007 - informuje "Rzeczpospolita".

- Od 28 stycznia do 7 lutego klienci ulokowali na MaxLokacie już znacząco ponad 1 miliard złotych - mówi cytowany przez gazetę Tomasz Fill, rzecznik prasowy PKO BP. Depozyty innych banków również rosły szybciej niż w poprzednich miesiącach.

Można więc podejrzewać, że w całej branży przyrost depozytów w pierwszym miesiącu roku może przekroczyć ten z grudnia czy listopada, który wyniósł odpowiednio 7 i 5 mld zł - zauważa gazeta.

Zdaniem dziennika klienci wycofywali pieniądze przede wszystkim z funduszy, które w styczniu mocno traciły na wartości. Więcej w ”Rzeczpospolitej” .

Źródło: Gazeta.pl

Sunday, August 26, 2007

Nadchodzi koniec niskich marż na kredyty

W ciągu trzech ostatnich lat banki aż o połowę obniżyły swoje marże na kredyty hipoteczne, ale już w ostatnim roku marże spadły tylko symbolicznie. Czy bankowcy na dobre stracili chęć do konkurowania niską ceną kredytów?

Kredyty hipoteczne są oczkiem w głowach bankowców i jednym z najważniejszych źródeł ich rekordowych zysków. Z kwoty 100 mld zł, o którą wzrosło w ciągu ostatnich trzech lat nasze zadłużenie, więcej niż dwie trzecie pożyczyliśmy pod hipotekę. Z danych Związku Banków Polskich wynika, że tylko w pierwszych pięciu miesiącach tego roku banki udzieliły nam kredytów mieszkaniowych za 22 mld zł. Do końca roku może to być 52-54 mld zł.

Bankowcy godzą się na coraz mniejszy zarobek na pojedynczym kredycie, by tylko podebrać klientów konkurencji. Z analizy, którą wykonała dla "Gazety" sieć doradców finansowych Open Finance, wynika, że w ciągu ostatnich trzech lat przeciętne marże banków - czyli kluczowe dla kosztów kredytu dodatkowe oprocentowanie powyżej ceny pieniądza na rynku (tzw. stawki WIBOR czy LIBOR) - spadły prawie o połowę! To efekt miażdżącej konkurencji między bankami i wchodzenia na rynek nowych graczy (np. Santandera czy Polbanku).

Banki o połowę przycięły swój zarobek

Jak to wygląda u największych kredytodawców? W Banku Millennium jeszcze w połowie 2004 r. średnia marża na kredyty w złotych wynosiła 2 pkt proc. Dziś jest to już tylko 1,2 pkt proc. W PKO BP oraz w BPH w tym samym okresie bankowy zarobek spadł z 1,9 do 1,3-1,2 pkt proc. Jeszcze bardziej ograniczyły swe marże mniejsze banki. Fortis zjechał o połowę - do 1 pkt proc. - Kredyt Bank zaś nawet o więcej - do 0,9 pkt proc.

Spadek marż to bardzo dobra wiadomość dla osób, które planują w najbliższym czasie zaciągnięcie kredytu na zakup mieszkania lub budowę domu. Czy w najbliższej przyszłości mogą one liczyć na jeszcze lepsze warunki w bankach? Mariusz Grendowicz, ekspert bankowy, do niedawna członek zarządu banku BPH, twierdzi, że taniej już nie będzie.

Banki nie mogą dalej obniżać marż, bo przy niższym zarobku nie byłyby w stanie zgromadzić niezbędnych rezerw na wypadek kłopotów ze spłatą pewnej części kredytów. - Polskie marże są już bardzo niskie, jeśli porównamy je z tymi, które są w Europie czy USA. W niektórych krajach są często nawet dwa raz wyższe niż u nas - mówi Michał Macierzyński, analityk portalu Bankier.pl.

To, że banki nie chcą obniżać marż, widać w statystykach. W niektórych dużych bankach udzielających kredytów hipotecznych w ostatnim roku marże jeszcze spadały, ale już tylko symbolicznie. W PKO BP od lata 2006 r. marże obniżyły się średnio o 0,1 pkt proc., ale już w BPH, Fortisie czy Kredyt Banku nie drgnęły ani na jotę. A w Banku Millennium nawet nieznacznie wzrosły!

Kredyty we frankach niekoniecznie z niższą marżą

Bankowcy dla odmiany zaczęli ostatnio szukać furtek na dodatkowy zarobek w formie dodatkowych prowizji (np. składek ubezpieczeniowych) i na wyścigi wydłużać maksymalne okresy kredytowania. Jeszcze dwa lata temu nie można było zadłużyć się na więcej niż 25 lat, dziś niektóre banki pożyczają już na pół wieku. To nowe pomysły na zdobycie klientów, które mają zastąpić niższy koszt kredytu. Zwłaszcza w obliczu ostatnich wzrostów stóp procentowych, które spowodowały, że w górę poszły stawki WIBOR i LIBOR, czyli główny - obok marży banku - składnik oprocentowania kredytów.

A co z nadziejami na niższe marże dla nowych kredytobiorców w przypadku kredytów we frankach szwajcarskich? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tu banki mają jeszcze pole do popisu, bo w tych największych marże wynoszą dziś 1,5-1,7 pkt proc. To prawie dwa razy tyle, ile wynosi zarobek banków na kredytach złotowych!

W poprzednich latach rosnąca konkurencja nie omijała kredytów we frankach. Z danych Open Finance wynika, że jeszcze trzy lata temu w Banku Millennium, PKO BP czy BPH średnia marża wynosiła 2,7-3,1 pkt proc. Od ubiegłorocznego lata w PKO BP oraz w Kredyt Banku spadła o 0,6 pkt proc. Ale już w BGŻ, BPH czy Banku Millennium nie zmieniła się lub nawet nieco poszła w górę!

Zdaniem Mariusza Grendowicza także w przypadku marż na kredyty we frankach szwajcarskich nie można się łudzić, że jeszcze pójdą w dół, bo półtoraprocentowa marża musi pokryć nie tylko ryzyko niewypłacalności niektórych klientów, ale też ryzyko niekorzystnych zmian kursów walut.

Marże kredytowe pójdą w górę?

Jeśli spadek ochoty banków do ograniczania swoich marż będzie trwały, to - w połączeniu ze wzrostem stawek WIBOR i LIBOR - czeka nas era droższych kredytów hipotecznych. Michał Macierzyński z Bankiera.pl pociesza, że konkurencja na rynku bankowym raczej nie pozwoli na ich podwyższanie już teraz.

- Ale może to nastąpić około roku 2009 czy 2010. Wtedy prawdopodobnie zacznie się cykl obniżek stóp procentowych w Polsce. W praktyce, zamiast oddawać różnicę klientom, banki będą chciały zwiększać swoją marżę - twierdzi analityk Bankiera.

Jego zdaniem taka sama sytuacja może dotyczyć kredytów walutowych, a podwyżki marż należy się spodziewać w momencie rozpoczęcia cyklu obniżek stóp procentowych w Szwajcarii.

Według Grendowicza marże zaczną rosnąć, gdy nieco przystopuje boom na szybkie kredyty gotówkowe. - Dziś banki mogą sobie pozwolić na nieco niższy zarobek na kredytach hipotecznych, bo mają w odwodzie wysokodochodową "szybką gotówkę". Ale nie zawsze tak będzie, bo kredyty gotówkowe są bardzo wrażliwe na koniunkturę w gospodarce - dodaje Grendowicz.

- Na wzrost marż bankowych może też wpłynąć ewentualny kryzys lub korekta na rynku mieszkaniowym w Polsce - zastrzega Macierzyński. Wtedy banki, obawiając się kłopotów ze spłatą części kredytów, stałyby się ostrożniejsze w udzielaniu nowych pożyczek.

Dobry czas na renegocjowanie "starych" kredytów

To, jak dziś kształtują się marże banków udzielających kredytów hipotecznych i czy w przyszłości one wzrosną, interesuje głównie nowych kredytobiorców. Ci, którzy wzięli kredyt już jakiś czas temu, i tak mają w umowach kredytowych zapisaną inną marżę. Często dużo wyższą niż ta, którą banki proponują obecnym kredytobiorcom.

Zdaniem Aleksandry Łukasiewicz z Open Finance posiadacze "starych" kredytów powinni wykorzystać okres niskich marż i wyjątkowo mocnej konkurencji między bankami do sprawdzenia warunków zawartych w swoich umowach. I ewentualnej ich renegocjacji.

Jest o co walczyć, bo jeśli ktoś trzy lata temu zaciągał kredyt we frankach szwajcarskich z marżą powyżej 2,5 proc., to obecnie - biorąc pod uwagę wzrost wartości nieruchomości - mógłby zadłużyć się, uzyskując marżę na poziomie ok. 1,2-1,4 proc. Ta różnica przekładałaby się na niższą ratę nawet o 10-15 proc.

Tyle że żaden bank nie obniży marży "starego" kredytu do poziomu takiego, jaki proponuje nowym klientom. Bankowcy wiedzą, że koszt przenoszenia kredytu do innego banku (zwłaszcza kredytu we frankach, gdy klient dostaje po kieszeni na różnicach kursowych) jest wysoki. Nawet jeśli nowy bank zaproponuje marżę niższą np. o 0,2-0,3 pkt proc., to koszty nieprędko się zwrócą.

Ale mając w umowie marżę np. dwa razy wyższą od tej, którą dziś oferują banki, zawsze warto negocjować. - Zdecydowanie większe szanse na obniżenie marży mają klienci regularnie spłacający raty. Większe pole do negocjacji mają też klienci, którzy korzystają z szeregu innych produktów banku, zwłaszcza jeśli przelewają na prowadzone w banku konto swoje zarobki i dokonują transakcji kartą kredytową - mówi Aleksandra Łukasiewicz. Przeniesienie kredytu do innego banku to ostateczność. Z wyliczeń Open Finance wynika, że może się opłacić, gdy oprocentowanie (LIBOR plus marża banku) u nowego kredytodawcy byłaby niższa o 0,8-0,9 pkt proc.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Sunday, August 5, 2007

Banki prowadzą prawie 18 mln rachunków osobistych

Z danych Bankier.pl wynika, że największe banki prowadzą blisko 18 milionów rachunków osobistych. Równocześnie coraz wyraźniej widać, że Polacy coraz rzadziej zakładają nowe konta. W pierwszym kwartale tego roku liczba rachunków prowadzona przez największe instytucje finansowe w Polsce wzrosła zaledwie o niecałe 1,3 procenta! To niepokojąca tendencja, która w przyszłości może mieć negatywny wpływ na rozwój gospodarczy naszego kraju.

Chociaż trudno jeszcze mówić o kryzysie, to jednak już od dłuższego czasu przyrost nowych rachunków w największych bankach komercyjnych jest bardzo mały. Sytuację częściowo ratują banki spółdzielcze i SKOK-i. Prawda jest jednak taka, że klienci w mniejszych miastach i na wsiach nie potrzebują rachunku i wystarcza im jedynie założenie lokaty, czy zaciągniecie kredytu. Potwierdza to fakt, że SKOK-i ze swoją 1,6 milionową bazą członków, prowadzą jedynie 325 tysięcy klasycznych kont osobistych. Nieco inna sytuacja ma miejsce w Bankach Spółdzielczych. W ich przypadku nie ma żadnych wiarygodnych danych na temat liczby prowadzonych rachunków. Okazuje się, że w Polsce nikt nie prowadzi tego rodzaju statystyk. Już sam ten fakt pokazuje, jak bardzo polska bankowość spółdzielcza odstaje od przyjętych na rynku standardów informacyjnych.

Z usług banków korzysta niecałe 70 procent Polaków. Liczba posiadaczy ROR jest jednak mniejsza i wynosi ok. 60 procent. Niepokojące jest jednak to, że liczba osób będących poza zasięgiem systemu bankowego jest dość stała. Może to oznaczać, że uzyskanie poziomu ubankowienia krajów bardziej rozwiniętych jest w najbliższych latach niemożliwe i bez pomocy państwa będzie możliwe tylko i wyłącznie poprzez zmianę pokoleniową!

Najwięcej graczem na rynku jest PKO BP. Razem z internetowymi kontami Inteligo prowadzi ponad 6,12 mln rachunków. Jego pozycji nie zagrozi nawet przyszła fuzja Pekao SA i Banku BPH. Na drugim miejscu od lat pozostaje Pekao SA, który po połączeniu z trzecim BPH może prowadzić nawet 3,2 mln kont osobistych. Te dwie instytucje będą zatem w najbliższym czasie poza zasięgiem konkurentów. Znacznie ciekawiej wygląda walka o przyszłe trzecie, a obecnie czwarte miejsce. W tym momencie zajmuje je BZ WBK z wynikiem 1,13 mln kont. Wynik ten byłby już jednak inny, jeśli zsumować liczbę rachunków prowadzonych przez detaliczne instytucje BRE Banku, czyli mBank i MultiBank. Gdyby to zrobić, okazałoby się, że ta instytucja wdarłaby się na podium w ciągu niecałych siedmiu lat. Oczywiście, jeśli tylko założyć, że wszystkie prowadzone przez mBank rachunki są aktywne. Już od dawna problem ten jest podnoszony przez wielu analityków. Wiadomo bowiem, że na przykład takie banki jak Pekao SA, BZ WBK czy ING BSK systematycznie pozbywają się martwych rachunków, co ma potem wpływ na pozycję tych instytucji. Jak ważny jest to problem obrazuje sytuacja w Banku BISE czy Invest-Banku. W tym pierwszym, w wyniku przeglądu związanego ze sprzedażą tego banku ubyło ponad 40 proc. rachunków! W Invest-Banku było to ponad 13 proc. Można przyjąć, że problem martwych kont dotyczy tak naprawdę sporej części polskich banków, a co za tym idzie faktyczna liczba prowadzonych rachunków jest znacznie niższa, tym bardziej że część klientów może posiadać konto osobiste w więcej niż jednym banku. Dlatego należy się spodziewać, że w najbliższym czasie raczej nie uda się pokonać bariery 20 milionów rachunków osobistych.

Komentarz Michała Macierzyńskiego, analityka Bankier.pl

Patrząc na rodzimy rynek wyraźnie widać, że następuje szybka zmiana strategii banków, dostosowująca je do obecnej sytuacji. Część banków przestaje zachęcać do zakładania rachunków osobistych, a woli skupić się na udzielaniu kredytów gotówkowych i wydawaniu kart kredytowych. Consumer finance jest znacznie łatwiejszym i szybszym sposobem na zarabianie pieniędzy, w odróżnieniu od mozolnego budowanie kosztownych sieci oddziałów i bankomatów. Zamiast tego powstają placówki partnerskie, czy małe centra kredytowe. Nawet jeśli poszczególne banki intensywnie rozwijają sieć dystrybucji, to przede wszystkim po to, żeby sprzedawać produkty przynoszące wysokie marże. Nacisk na zdobywanie nowych rachunków jest już znacznie mniejszy. Inną sprawą jest to, że rynek po prostu w wielu segmentach się nasycił. Istniejący potencjał w postaci 40 procent Polaków bez rachunku bankowego jest w coraz większym stopniu iluzoryczny. Osoby te znacznie łatwiej namówić do zaciągnięcia kredytu gotówkowego, a nawet wyrobienia karty kredytowej, niż do założenia RORu. Inaczej nie można wytłumaczyć tak niskiej dynamiki wzrostu liczby konto osobistych, przy jednoczesnym niebywale bujnym rozwoju rynku consumer finance. Całej sytuacji nie pomaga też niechęć polityków do sektora bankowego. Jeśli kilka lat temu głównym powodem ich ataków było ich zdaniem zbyt małe zaangażowanie banków w udzielania kredytów rodzimym firmom, to od mniej więcej dwóch lat są to bardzo wysokie ceny usług bankowych, w tym również opłat za prowadzenie rachunków. Takie proste przedstawianie sprawy powoduje, że osoby, które nie mają konta bankowego utwierdzają się w przekonaniu, że nie jest im ono w ogóle potrzebne. Równocześnie jednak klienci ci nie rezygnują często na przykład z zaciągania kredytów. Problem w tym, że takie szybkie kredyty są nawet dwu lub trzykrotnie droższe niż na przykład linia kredytowa w koncie. Trzeba też pamiętać, że za taką nieodpowiedzialną krytykę polityków, traci też państwo. Koszt obrotu gotówkowego jest około dwa razy wyższy niż obrotu bezgotówkowego. Miliony rent, emerytur i zasiłków zamiast na konto bankowe, wypłacane jest bezpośrednio gotówką w kasach i na poczcie. W wielu przypadkach opłacałoby się, żeby to nawet państwo ponosiło koszty prowadzenia rachunków, na które przelewane byłyby te środki. Taki państwowy przymus posiadania konta nie jest wcale niczym wyjątkowym, o czym świadczy wymóg jego posiadania przez rolników, którzy chcą otrzymywać dopłaty rolne z UE. Nie ma najmniejszego powodu, dlaczego tak samo nie miałoby być z innymi świadczeniami wypłacanymi przez państwo. Jeśli nawet nie na konto bankowe to chociażby na przedpłaconą kartę płatniczą. W efekcie dobrze wpłynęłoby to na wskaźnik ubankowienia w Polsce, a jednocześnie przyczyniło się do cywilizacyjnego postępu naszego kraju.


Źródło: Bankier.pl

Friday, July 27, 2007

"GP": Banki ukrywają koszty kredytów hipotecznych

Banki, reklamując kredyty hipoteczne, ukrywają istotne koszty. "Gazeta Prawna" razem z ekspertami portalu eHipoteka. com sprawdziła, jakie pułapki czekają na przyszłych kredytobiorców.
Okazuje się, że większość banków podaje na stronie informacje o najniższym, ale w praktyce nieosiągalnym oprocentowaniu. To powoduje, że oferta wydaje się atrakcyjniejsza od konkurencyjnych, a w rzeczywistości jest droższa.

"Warto zwrócić szczególną uwagę na stosowaną przez dany bank konstrukcje oprocentowania. Zwykle jest to suma stałej marży banku i zmiennej stopy referencyjnej. Może być jednak tak, że publikowane przez dany bank parametry oferty opierają się na starszym, niższym od rynkowego, poziomie stóp procentowych" - mówi Bartosz Michałek z eHipoteka.com.

Jak pisze Gazeta Prawna widoczny jest brak informowania klientów o spreadzie walutowym (różnicy między kursem kupna i sprzedaży walut, po których jest wypłacany kredyt oraz naliczane raty) stosowanym przez bank. Żaden z banków nie podaje tej informacji. Większość publikuje notowania wewnętrznych kursów walutowych, jednak nie wyjaśnia, jak to może wpłynąć na koszt kredytu. Tymczasem przy kredycie we frankach na 200 tys. zł, spłacanym przez 30 lat, i oprocentowaniu na poziomie 4 proc., najniższy stosowany przez banki 3-proc. spread przełoży się na dodatkowy koszt w wysokości 9,6 tys. zł, a jeśli wzrośnie o 2 pkt proc. łączny ukryty koszt wyniesie 16 tys. zł w całym okresie spłaty.

Część banków informuje o oprocentowaniu poprzez stosowanie stopy referencyjnej np. WIBOR 3M, reagującej z opóźnieniem na zmiany rynkowe. Większość podaje na stronie informacje o najniższym możliwym, często nieosiągalnym, oprocentowaniu. Ważniejsze jest jednak to, że często brakuje precyzyjnej informacji o tym, jak jest skonstruowane oprocentowanie i kiedy może się zmienić. Nieuczciwym chwytem marketingowym jest także informowanie o braku prowizji za udzielenie kredytu, podczas gdy w jej zastępstwie jest wymagane niepotrzebne ubezpieczenie o tym samym koszcie co prowizja.

Więcej w "Gazecie Prawnej"

Źródło: "GP"

Wednesday, May 16, 2007

Kredyt w złotówkach lepszy niż we frankach

Nadszedł najlepszy czas na zamianę kredytu z franków na złotówki. Kurs szwajcarskiej waluty spadł bowiem w ciągu ostatnich trzech lat prawie o 30 procent - podaje "Dziennik".

Po ponownym przeliczeniu na złotówki kredytu zaciągniętego we frankach, można oszczędzić nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Autor artykułu wyjaśnia, że osoby, które pożyczyły w roku 2004 we frankach równowartość 300 tysięcy złotych, mogą zyskać prawie 90 tysięcy złotych. Właściciele kupionych wówczas domów jeszcze więcej - nawet pół miliona złotych.

Doradca firmy Axel & Luc Lambert wyjaśnia, że kredyty można często przewalutować za darmo w bankach, w których są zaciągnięte. Gwarantują to umowy sprzed lat, wystarczy je odnaleźć i przeczytać. Od takiego zysku nie płaci się żadnego podatku.

Istnieją jednak zagrożenia towarzyszące takiej zamianie. Autor artykułu tłumaczy, że osoby, które nie spłacą kredytu natychmiast, będą uzależnione od kondycji polskiej gospodarki. Jeżeli znacząco zwiększy sie inflacja, zwiększy się też oprocentowanie ich kredytów. W konsekwencji wzrosną im miesięczne raty. Zawsze jednak można wrócić do franków zaciągając na przykład kredyt refinansowy w konkurencyjnym banku.


źródło: Gazeta.pl

Friday, April 6, 2007

BRE rozszerzy sieć placówek korporacyjnych

BRE Bank, który w II połowie roku uruchomi w Czechach i na Słowacji usługi w modelu mBanku, liczy, że biznesy te staną się dochodowe w ciągu czterech lat. BRE w ciągu roku chce na polskim rynku otworzyć około 20 placówek korporacyjnych - poinformowali przedstawiciele banku.

- Chcemy wystartować w Czechach i na Słowacji w II półroczu - powiedział na spotkaniu z dziennikarzami Sławomir Lachowski, prezes BRE, dodając, że w przyszłym tygodniu bank wyśle notyfikację do KNB w tej sprawie.

Prezes poinformował, że w obu krajach bank chce ruszyć z pełną ofertą detaliczną.

- Wyjdziemy z pełną ofertą dla klientów indywidualnych, zarówno po stronie kredytowej, jak i depozytowej - powiedział Lachowski informując, że w ofercie będą między innymi kredyty hipoteczne.

Prezes powtórzył, że uruchomienie działalności w obu krajach nie będzie wiązało się ze znacznymi kosztami, gdyż bank chce wykorzystać istniejącą już w Polsce infrastrukturę informatyczną.

- Chcemy, by biznesy te były dochodowe w czwartym roku działalności - powiedział Lachowski.

Tomasz Bogus, dyrektor banku ds. sieci oddziałów korporacyjnych poinformował w czwartek, że w ciągu roku bank chce zwiększyć liczbę takich oddziałów w Polsce o około 20.

- Chcemy zwiększyć potencjał sprzedażowy, dlatego zdecydowaliśmy się otworzyć około 20 biur biznesowych do końca I kwartału 2008 roku - powiedział Bogus.

Nowe placówki będą mniejsze - będą zatrudniały 4-5 osób, a koszt uruchomienia jednego bank szacuje na około 150 tysięcy zł.

Dyrektor poinformował, że dzięki tym nowym placówkom bank liczy, że dynamika wzrostu liczby klientów korporacyjnych wzrośnie z 20 proc. do 30 proc.

Na koniec 2006 roku bank miał 11,4 tysięcy klientów z segmentu korporacyjnego.

mBank w połowie lutego wraz ze spółką BRE Ubezpieczenia uruchomił Supermarket Ubezpieczeń Samochodowych. Rzeczniczka spółki poinformowała w czwartek, że wartość zebranych składek do koniec marca wynosiła około 3 mln zł.

źródło: onet.pl